Niebieska świątynia – cud w środku ogródków działkowych

IMG_E8137Kolejna pocztówka z podróży – tym razem Tajlandia. Przygotowując się do wyjazdu przeglądałam Instagram i wszystkie hashtagi dookoła Tajlandii i to tam zobaczyłam ją po raz pierwszy. Blue Temple w Chiang Rai. Nie wrócę z Tajlandii dopóki tego nie zobaczę, postanowiłam. I jeszcze nie wiedziałam ile razy po drodze rzeczywistość sprawdzi czy oby na pewno.

Po kilku dniach w Chiang Mai przyszedł czas na podróż do Chiang Rai. Prosta sprawa. Gdyby nie to, że sklep, w którym chcę kupić bilety (i w którym sprzedawca deklaruje, że będzie otwarte do 20) zamyka się przeciągu 15 minut, w których idę po pieniądze. I gdyby nie to, że kiedy dzielnie tnąc koszty docieramy na piechotę do dworca autobusowego o 7 rano dowiadujemy się, że pierwszy autobus, który jedzie do Chiang Mai jest o 12, reszta jest już pełna. I gdyby nie to, że kiedy po 10 minutach dyskusji między mną a Michałem czy jedziemy czy nie, wracamy do okienka dowiadujemy się, że teraz to jednak dopiero o 13.30 będzie wolny autobus, bo tamten już zdążył się zapełnić.

Ale w końcu docieramy. I okazuje się, że jest już późno, że dzisiaj niewiele zdążymy zobaczyć, a jutro nie wiadomo czy zdążymy zobaczyć i Białą i Niebieską Świątynię. Ale pełni nadziei docieramy do hotelu, gdzie przemiła właścicielka informuje nas, że właściwie jest poza sezonem i raczej nie mamy szansy dotrzeć do Niebieskiej Świątyni inaczej niż na skuterze. Ale my na skuterze nie chcemy. Bo niebezpiecznie, bo ruch lewostronny… Więc pytamy napotkanych turystów, a oni podtrzymują wersję właścicielki – skuter albo odpuście. I już czuję, że powinnam odpuścić. Że to głupie, żeby jechać za wszelką cenę. Ale przecież po to tu przyjechałam…

I udaje mi się namówić mojego dzielnego Michała, który po przejechaniu 10 metrów w jedną i w drugą stronę na ślepej uliczce stwierdza, że umie już jeździć po lewej stronie. Najpierw spokojnie, ślimaczym tempem, poboczem docieramy do Białej Świątyni. Piękna, niezwykła, pełna turystów, ale absolutnie warta odwiedzin.
A teraz czas na Niebieską. I kolejny raz rzeczywistość mówi „Sprawdzam” – nie działa nam GPS. Nie znamy nazwy po tajsku, po angielsku nikt nie wie o czym mówimy. W końcu udaje mi się dogadać i dostajemy mgliste wskazówki jak dotrzeć do świątyni. Ale po drodze zaczynamy wątpić. Jak to tak, ciągle prosto…? W końcu na jakichś światłach, gdzieś między tirami zagadujemy panią na skuterze, która tuż przed zmianą świateł potwierdza, że dobrze jedziemy i dodaje coś, czego już nie słyszymy. No więc jedziemy. Znów wątpliwości. Zatrzymujemy się zapytać kogoś stojącego przy ulicy i kiedy bezowocnie próbujemy się dogadać mija nas pani ze świateł, ze swoim małym dzieckiem siedzącym z tyłu i pokazuje żebyśmy jechali za nią. I tak przez następne długie kilometry prowadzi nas, czeka na nas na światłach a młody sprawdza czy nadążamy i na bieżąco sygnalizuje mamie jak sprawy się mają. W końcu się rozdzielamy, ale dostajemy już dokładne wskazówki. I trafiamy. Nie ma szans żebyśmy trafili tu sami. Ogródki działkowe, pola, nicość i ona – Niebieska Świątynia. Niewielu turystów, co mnie nie dziwi, jeśli każdy przechodzi taką drogę jak my.

Sama świątynia jest niezwykła. Tak kojąca, uspokajająca. Rzeczywiście można tu siedzieć godzinami, medytować lub zwyczajnie rozmyślać. Jest magicznie. I tak właśnie siedząc na dywanie, wpatrując się w niebieskiego Buddę myślę sobie, że to kolejne miejsce, którego nigdy nie wypuszczę ze swojej pamięci. Nigdy. Na pewno przez jego piękno i atmosferę, ale również przez tę historię. Przez to, że to kolejny malutki punkcik w moim życiu, w którym się nie poddałam, w którym zawalczyłam o to co dla mnie ważne, w którym moje marzenie się spełniło, w którym dostałam niezbędną mi pomoc.

Kolejny moment w którym po tym jak moja determinacja została sprawdzona na różne sposoby, dostałam od życia piękną nagrodę.

IMG_8132

 


Jedna myśl w temacie “Niebieska świątynia – cud w środku ogródków działkowych

Możliwość komentowania jest wyłączona.